O autorze
Piotr - student pierwszego roku II stopnia Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na UMCS-ie, a także redaktor serwisu cdaction.pl. Główne hobby to przede wszystkim gry komputerowe i wszystko, co z nimi związane. I to właśnie o nich ma zamiar pisać na tym blogu.
Przemysław - przyrodnik propagujący ochronę zwierząt i humanitarne obchodzenie się z nimi. Obserwator i miłośnik ptaków, z zamiłowania zajmujący się hobbystycznie i amatorsko fotografią przyrody.
Mają nadzieję, że razem zaciekawią swoimi opiniami wielu czytelników.

Nie wrzucajcie mnie do jednego worka!

Długo zbierałem się do tego wpisu. Wolałem jednak poczekać i sprawdzić, jak rozwinie się sytuacja. Od kilku dni obserwuję spektakl pod tytułem „strajk matek dzieci/osób niepełnosprawnych w Sejmie”, na którym korzystają wyłącznie politycy. Wbrew słowom organizatorów, nie pomaga on społeczności ludzi chorych, a wręcz im szkodzi. Nie chcę być – a z tego co wiem, moi znajomi również – wrzucany do jednego worka z obywatelami okupującymi Wiejską.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że jestem osobą niepełnosprawną od urodzenia. Co prawda nie w takim stopniu, jak dzieci matek protestujących w Sejmie („tylko” jeżdżę na wózku), choć to akurat nie jest ważne – licytowanie się na rodzaj choroby nie ma sensu, bo każda z osób cierpiących na określone schorzenie jest tak naprawdę równo poszkodowana przez los (nie licząc jedynie tzw. symulantów, którzy starają się wyciągnąć z ZUS-u rentę…). Rozumiem więc postulaty – które są słuszne (choć tylko w części) – ale nie zgadzam się z taką formą demonstracji. Formą, która budzi niechęć wobec protestujących i utrwala stereotyp niepełnosprawnych, jako grupy roszczeniowej. Poza tym każe się zastanowić, jakie rzeczywiście są zamiary osób okupujących Sejm – coraz bardziej zaczynam wątpić w ich szczere intencje.



Pierwszy zgrzyt pojawił się już na początku. Rozumiem, że demonstranci są zirytowani faktem, że premier i ministrowie przeciągali kwestię podwyżki świadczeń. Zabrzmi to może brutalnie, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Zarzucanie władzom, że powinni skupić się na niepełnosprawnych zamiast zajmować się Ukrainą, Krymem i Rosją, że nad „wycieczki do Brukseli” (sic!) powinni przełożyć kwestie lokalne jest – delikatnie pisząc – nie na miejscu (podobnie jak „oskarżanie” ministra Kosiniaka-Kamysza, że nosi drogie buty…). Zabrzmi to brutalnie, ale są sprawy ważne i ważniejsze – w tej chwili tą drugą jest bezpieczeństwo naszego wschodniego sąsiada, a w dłuższej perspektywie także nasze. Rzucanie hasłami, jakie wykrzykiwali – w sposób bezczelny i chamski – protestujący jest albo głupotą, albo tanim populizmem. Podobnie jak „groźba”, że jeśli premier Tusk nie spełni ich żądań, poproszą Federację Rosyjską o pomoc. Oczywiście rządzący mogliby wystraszyć się krzyków i zmienić priorytety, ale wtedy niech szanowni protestujący nie zdziwią się, jeśli pewnego dnia zapukają do ich drzwi Rosjanie, którzy jednak nie przybędą z bratnią pomocą. Wtedy jednak kwestia pieniędzy nie będzie już raczej tak istotna. Tak, wiem – przykład mocno przejaskrawiony i przerysowany, ale tylko w taki sposób można zobrazować sens argumentów demonstrantów.

Osobna kwestia to odrzucenie propozycji premiera. Propozycji dodajmy sensownej, która w sposób zrównoważony zwiększa wysokość świadczeń. Świat nie jest zbudowany tak, że wszystko, co chcemy, dostajemy od razu. Nie – władze nie mogą natychmiastowo podnieść świadczeń do kwoty pensji minimalnej, bo rozsadziłoby to budżet. Oczywiście można mówić, że Tusk jest zły, nieczuły, kłamliwy, i tak dalej… Tyle tylko, że on musi zadbać nie tylko o garstkę (w stosunku do wszystkich obywateli), ale o wszystkich Polaków. Nie można nagle wyczarować dodatkowych funduszy – aby jednej grupie dać więcej, innej trzeba zabrać. Nie ma innego sposobu – to system naczyń połączonych. Rząd poszedł duże ustępstwa – udało mu się w jeden dzień znaleźć pieniądze, by w ciągu miesiąca podnieść sumę świadczeń do poziomu tysiąca złotych netto.

Niestety szanowni protestujący raczej tego nie rozumieją. Należą oni do grupy osób, która uważa, że należy im się wszystko, czego zapragną, tu i teraz. To wada naszego społeczeństwa w ogóle – państwo powinno dawać obywatelowi jak najwięcej bez względu na koszty. To strasznie egoistyczne podejście – najważniejszy jestem ja, moja osoba i nie obchodzi mnie, że mogę zaszkodzić innym. Podkreślę raz jeszcze – po części rozumiem postulaty demonstrantów. Tyle tylko, że owocem każdego sporu jest kompromis. A kompromis to sytuacja, w której żadna ze stron nie byłaby usatysfakcjonowana. Rozsądnym wyjściem byłoby przyjęcie propozycji i ewentualnie zostawienie kilku osób w Sejmie, by pilnowały wdrożenia żądań.

Przez to wszystko mam wątpliwości czy protestującym rzeczywiście zależy na dobru osób niepełnosprawnych. Zwłaszcza, jak słucham wypowiedzi poszczególnych demonstrantów. W pamięci utkwiły mi przede wszystkim słowa pewnej pani, która stwierdziła, że nie jest w stanie pojechać na turnus rehabilitacyjny, bo PFRON dofinansowuje rzadko, a jeśli już to pokrywa niewielką część kosztów. Bo – jak mówi – taki wyjazd to koszt, uwaga, dziesięciu tysięcy złotych. Podejrzewam, że przeciętny człowiek przeraził się i zaczął pomstować na państwo, które nie jest w stanie zapewnić osobie niepełnosprawnej odpowiedniej rehabilitacji.

Ja też się przeraziłem. Ale z całkiem innego powodu. Bo widzicie, sam od ponad 10 lat jeżdżę na podobne turnusy. I co? Średni koszt dwutygodniowego pobytu nad morzem wynosi około 1600-1900 zł za osobę. Oczywiście na taki wyjazd musi udać się nie tylko dziecko niepełnosprawne, ale i jego opiekun, więc tę kwotę trzeba pomnożyć razy dwa, co daje nam około 3800 zł. Jasne, to dużo, ale na pewno nie jest to suma 10 tysięcy złotych, o której mówiła protestująca pani. Chyba że zabiera jeszcze ze sobą resztę rodziny, ale za nią państwo nie powinno płacić, prawda?

To nie koniec „wrażeń”, które zapewniła mi ta pani. Oznajmiła, że musi dwa razy w roku zmieniać wózek. Osłupiałem, bo jeszcze nie spotkałem osób, które zmieniałyby swoje „cztery kółka” tak często – nawet w przypadku ludzi o tak zaawansowanym stopniu niepełnosprawności. No ale przeciętny obywatel nie zna się na tych kwestiach i połknie haczyk. Prawda?

Inna kwestia to sprawa pani Iwony Hartwitch, która określana jest jako liderka demonstracji w Sejmie. Znalezione na jej facebokoowym profilu zdjęcia z wakacji w Chorwacji wywołały w internecie burzę. Michał Wąsowski w napisanym przez siebie dzisiaj artykule stwierdził, że nie można jej potępiać, bo nie wiadomo tak naprawdę, skąd wzięła pieniądze na wyjazd. Przekonuje, że mogła na przykład odkładać na niego kilka lat. Poza tym – jak twierdzą niektórzy komentujący – nie należy zaglądać komuś do portfela.

Zgoda, zgoda. Tyle tylko jest jedna zasadnicza kwestia. Przez cały czas trwania protestu pani Hartwitch sama otworzyła przed nami wspomniany portfel, twierdząc, że jest pusty. To między innymi ona uważa, że państwo „zabija” ich dzieci nie zwiększając świadczeń. Nie dziwię się więc reakcji internautów, którym coś „zazgrzytało” w kreowanym wizerunku. Co do samego wyjazdu do Chorwacji – oczywiście nie można być tego pewnym, ale jest wielce prawdopodobne, że został on pokryty z własnych funduszy. PFRON nie może bowiem dofinansowywać pobytów poza granicami Polski. Sponsor? Oczywiście, możliwy, ale skoro udałoby się zebrać od niego pieniądze na wakacje, czy nie mógłby pomóc w innych kwestiach?

Powtórzę się, ale napiszę raz jeszcze – mam wrażenie, że tym ludziom nie zależy na realnej pomocy. Poza tym narzekają, że nie są wraz ze swoimi dziećmi w stanie wyżyć za głodowe świadczenia przyznawane przez państwo. Zastanawia mnie jednak, dlaczego nie próbują tego zmienić w inny sposób? Sporo osób jest w stanie tak zorganizować sobie czas, by jednocześnie zarabiać i opiekować się dzieckiem. Wbrew pozorom to nie jest nic trudnego. Dobrą i wyważoną opinię przedstawili opisani we wczorajszym artykule w naTemat rodzice, którzy nie zdecydowali się dołączyć do protestu. Potrzeba tylko odpowiednich chęci. Choć oczywiście najprościej jest narzekać.

Z paniami okupującymi Sejm jest mi – jak już napisałem we wstępie – całkowicie nie po drodze. Nie życzę sobie też, by wypowiadali się oni w imieniu całej społeczności osób niepełnosprawnych. Ja mam inne priorytety i obecna pomoc, którą otrzymuję od państwa (no, może poza rentami) jest wystarczająca. W moim odczuciu demonstranci jedynie szkodzą naszej grupie. I jest mi za nich wstyd, bo umacniają stereotypy nie tylko dotyczące niepełnosprawnych, ale także Polaka, który uważa, że on jest najważniejszy i władze powinni wokół niego skakać.

Inna kwestia to udział niektórych polityków w tym sejmowym przedstawieniu. Pozwolę sobie zrzucić na ich postępowanie zasłonę milczenia. Nie wiem, być może protestujący zostali przez nich zmanipulowani? Chyba jestem optymistą, bo po cichu wierzę, że tak mogło rzeczywiście być, co w pewnym (ale wciąż niewielkim) stopniu zrzuca z demonstrantów odpowiedzialność za medialny cyrk, którego jesteśmy świadkami. I wygląda na to, że jeszcze długo będziemy.

Nie wrzucajcie mnie – piszę to w imieniu swoim i znajomych – do jednego worka!

Piotrek.
Trwa ładowanie komentarzy...