Hatred - gra odsłaniająca brzydką twarz graczy?

Hatred
Hatred Kadr z trailera
Dawno która gra nie wzbudziła takiego wzburzenia, co Hatred – zapowiedziana niedawno produkcja gliwickiego studia Destructive Creations, w którym głównym zadaniem jest zabijanie napotkanych ludzi. Także tych niewinnych. Rozkręcona afera medialna wokół tytułu odsłoniła jednak nieznaną mi do tej pory twarz części graczy. I to mnie najbardziej przeraża.

Hatred budzi spore kontrowersje. I nic w tym dziwnego – gracz wciela się w nim w psychopatę, który ma jeden cel: wysłać w zaświaty jak największą liczbę ludzi. Nie tylko starających się go powstrzymać uzbrojonych policjantów, ale także niewinne osoby. Całość okraszona jest brutalnymi finisherami i mroczną, realistyczną, poważną grafiką generowaną przez silnik Unreal Engine 4.


Dla wielu Hatred jest przekroczeniem granicy dobrego smaku. I to nie tylko dla zachodnich dziennikarzy (znanych z nadmiernej – nazwijmy to – „wrażliwości”), ale także dla kolegów po fachu ekipy z Destructive Creations. Na przykład Adrian Chmielarz, szef studia The Astronauts, który wcześniej dowodził Peple Can Fly (Painkiller, Bulletstorm), na Facebooku mocno skrytykował grę, jej autorów i zwolenników. Firma Epic Games zażądała natomiast usunięcia logo jej silnika Unreal Engine 4 z materiałów promocyjnych produkcji. Bo czy bezsensowna brutalność jest tym, czego potrzeba branży wirtualnej rozrywki?

Najbardziej niepokoi mnie jednak nie sama gra (która pewnie odniesie jakiś tam sukces dzięki kontrowersjom, ale prędzej czy później świat o niej zapomni), a reakcja graczy. Ci są podzieleni – sporo osób miesza Hatred z błotem, zwracając uwagę, że jego twórcy chcą wypłynąć na fali afery. Są też jednak tacy, którzy bronią gry, choć „bronią” to chyba złe słowo – nie ukrywają, że chcieliby bardzo w nią zagrać i nie widzą w mordowaniu wirtualnych cywili nic złego. Mało tego – cieszą się, że nareszcie ktoś odważył się zrobić taką właśnie produkcję, której im brakowało na rynku. Lektura ich wpisów przyprawia mnie o gęsią skórkę.

Okej, ktoś mógłby powiedzieć, że jestem hipokrytą. W końcu w wielu tytułach nie robi się nic innego, jak zabija. Tylko że jest różnica pomiędzy strzelaniem do żołnierzy w Call of Duty czy Battlefieldzie, a Hatred. Tam likwidujemy wrogich i uzbrojonych żołnierzy, którzy starają się zabić naszą postać. A w takim Assassin’s Creedzie wysyłamy w zaświaty ludzi uznawanych za złych, mających na sumieniu nie jeden duży grzech. To zupełnie, co innego niż eliminowanie w brutalny sposób nieuzbrojonych niewinnych. Wydaje się to oczywiste, ale jak się okazuje – nie dla wszystkich.

Jednym z najczęściej powtarzanych przez zwolenników powstającej w Destructive Creations produkcji argumentów jest fakt, że przecież w takim Carmageddonie, GTA czy nawet Hotline Miami też można dokonać rzezi na cywilach. Jasne, że tak – „problem” tylko w tym, że jest to przedstawione w humorystyczny, komiksowy i nierealny sposób. W przeciwieństwie do Hatred, które jest bardzo realistyczne. No i w Grand Theft Auto nie trzeba być w ogóle „masowym mordercą”, nie jest to obowiązkowe.

Osoby czekające na projekt gliwickiego studia jak mantrę powtarzają, że „to przecież tylko gra”, a w ogóle w wielu filmach i książkach dzieją się znacznie gorsze rzeczy. Może i tak. Wirtualna rozrywka ma jednak znaczącą cechę, której brakuje innym mediom – w nich to odbiorca kreuje wydarzenia, bierze w nich czynny udział, nawet jeśli zamknięte są one w określonych ramach. Może mieć więc dużo większy wpływ na grającego niż film na widza, a powieść na czytelnika. I nie oszukujmy się – przy dzisiejszym poziomie grafiki, środowisko i postacie wyglądają bardzo realistycznie. To wciąż linijki kodu, ale niebędące już zlepkiem kilku pikseli. A jeśli kogoś nie rusza strzelanie w głowę bezbronnej, błagającej o litość kobiecie (jak na zwiastunie) – nawet wirtualnej – to… jest to mocno niepokojące. Prawda?



Niektórzy tłumaczą, że nie można oceniać jeszcze Hatred, bo nie wiadomo czy za zabijaniem ludzi nie stoi jakaś głębia fabularna. Nie, nie stoi, co potwierdził w rozmowie z serwisem Polygon Jarosław Zieliński, szef studia Destructive Creations. Wyjaśnił, że developerzy nie chcą swojej produkcji przyprawiać „fałszywej filozofii”. Chodzi tylko o niczym nieskrępowaną radość z zabijania niewinnych. Ale czego się spodziewać po człowieku, dla którego jednym z najlepszych fragmentów serii Call of Duty jest misja No Russian (gdyby ktoś nie wiedział – gracz kieruje w niej terrorystą i może, choć nie musi, strzelać do niewinnych osób na lotnisku. Poziom ten wywołał sporo kontrowersji)? No właśnie.

Sam twórcy tłumaczą, że swoim projektem chcą przeciwstawić się panującej „poprawności politycznej”. Zieliński tłumaczy, że współczesne gry straciły swą dawną „iskrę buntowniczości”, by wpisać się do „miłej i słodkiej popkultury”. Szkoda tylko, że ja osobiście jakoś nie zauważam tej „poprawności politycznej” w dzisiejszych produkcjach. No ale może jestem ślepy.

Szkoda, że gracze sami sobie szkodzą. Nadszarpują pozytywny wizerunek branży, który od lat jest stopniowo budowany. Przyprawiają jej „gębę” odludków kierowanych najniższymi instynktami. A potem się dziwić mainstreamowym mediom, które starają się oskarżać gry i jej fanów o całe zło na świecie. No ale skoro sami dostarczają „dziennikarzom” amunicję…

Na szczęście jest jeszcze spora grupa, której Hatred się nie podoba. Która zdaje sobie sprawę z różnicy między Call of Duty, Battlefieldem, a nawet GTA i Hatred. I dobrze, bo może jednak nie jest jeszcze z nami tak źle. A gra? Najlepiej nie zwracać na nią uwagi. To chyba idealny sposób na tego typu produkcje.

Piotrek.
Trwa ładowanie komentarzy...