Narodowy odleciał!

Miniona sobota na długo zapadnie mi w pamięć, a podejrzewam, że nie tylko mi. I nie, nie chodzi tylko o wybór premiera Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Bo kiedy w Brukseli ogłaszano nazwisko nowego „prezydenta Unii Europejskiej”, na Stadionie Narodowym w Warszawie miało miejsce wielkie sportowe święto. Takiego widowiska, jakiego zgotowali nam polscy siatkarze w starciu z Serbią, organizatorzy mistrzostw świata, a wreszcie my sami – kibice – nigdy w naszym kraju nie było. Narodowy odleciał!

Przyznam wam się do czegoś – długo zwlekałem z tym wpisem. Powód jest prosty – chciałem go napisać, gdy już ochłonę z emocji. Nie udało się – te jeszcze we mnie buzują, szaleją we mnie niczym białoczerwona fala, która w sobotę z ogromną mocą przetaczała się po trybunach Stadionu Narodowego. Niesamowity doping, hymn wydobywający się z gardeł 70 tysięcy kibiców oglądających mecz na żywo, a do tego świetny występ Polaków…

Nie będę ukrywał: nie da się dokładnie opisać tego, co człowiek czuje siedząc tam na trybunach, będąc częścią niezliczonej szerzy kibiców zdzierających gardła, by pomóc siatkarzom. Tam trzeba było po prostu być. Gdy nadszedł czas odśpiewania Mazurka Dąbrowskiego (a capella!), poczułem się, jakbym płynął. Płynął wraz z innymi, wypowiadając słowa znanej chyba wszystkim rodakom pieśni. Powietrze wokół wibrowało od emocji, miałem wrażenie, że wraz z innymi jesteśmy jednością. Jednym organizmem, którego białoczerwone serce bije w jednym rytmie. Jednym organizmem, który w jednej chwili układa logo mistrzostw z pozostawionych przy krzesełkach folii. Nie wiem, jak to dokładnie wyszło, ale z tego co mi się udało zobaczyć zerkając na okoliczne trybuny – efekt był niezwykły.

Inna sprawa, że tak naprawdę sobotni mecz był pierwszą sportową imprezą, na której byłem (wybrałem się na niego ze znajomymi i bratem – współautorem bloga). Nigdy nie miałem okazji zwiedzić Stadionu Narodowego – widziałem go jedynie w telewizji i na zdjęciach. Jego ogrom tłamsił, przytłaczał – podejrzewam, że już pusty robiłby wielkie wrażenie. A wypełniony białoczerwonymi barwami… Pierwszy raz w życiu widziałem tylu ludzi w jednym miejscu. A do tego potrafiących się bawić – podejrzewam, że ten obiekt bardzo rzadko gości takich kibiców. Kibiców, którzy potrafią cieszyć się sportem na wesoło (choć przyznaję – był mały zgrzyt, gdy prezentowano flagę Rosji. Rozumiem, że próbowano zademonstrować sprzeciw wobec państwa i Putina, ale dlaczego muszą za to obrywać sportowcy?).


Muszę tu przy tym zaznaczyć, że wszystko było bardzo dobrze zorganizowane. Obawiałem się, że mogą wystąpić jakieś trudności, ale na szczęście wszystko było bardzo dobrze zrealizowane – dojazd na stadion nie sprawił kłopotów, podobnie jak wejście. Bo gdy ktoś miał jakiś problem zawsze mógł poprosić o pomoc. Jasne, można narzekać, że komfort oglądania nie był taki sam, jak w telewizji. To było jednak do przewidzenia – mecze siatkarskie rozgrywane są na znacznie mniejszej powierzchni, Stadion Narodowy jest zaś na tyle ogromny, że oczywistym było, że mogą być trudności z rozeznaniem się w przebiegu spotkania. Ale zawsze można w razie czego spojrzeć na telebim. Poza tym – jeśli komuś zależało na wygodzie, mógł zostać w domu. Na stadion idzie się dla atmosfery.

A ta była niesamowita. Nadal mam w uszach tumult, huk i hałas tych wszystkich – i moich własnych! – ludzi. W zasadzie doping nigdy nie cichł i zawsze nasi siatkarze mogli liczyć na wsparcie. Tak naprawdę okrzyk „Polska, Polska!” nie schodził z moich ust, podobnie jak kultowe już „Polska, białoczerwoni”. Atmosferę dobrze oddaje zachowanie Piotra Nowakowskiego, który wywołany przy prezentacji zawodników (przypominającej te towarzyszące walkom bokserskim!), machnął ręką i pokręcił głową na znak protestu – dobiegający go hałas po prostu go sparaliżował.

Podobne odczucia mieli zapewne pozostali zawodnicy. Na szczęście trwało to tylko przy wejściu na parkiet. Bo na nic zdałaby się ta cudowna atmosfera, białoczerwone fala i nieustający doping, gdyby nie świetny wynik sportowy. Polacy zrobili to, na co wszyscy liczyli – odwdzięczyli się swoim kibicom, gromiąc Serbów (tak, tych Serbów!) w pięknym stylu, wygrywając 3:0. Lepszego scenariusza chyba nikt nie mógł sobie wyobrazić – a przecież nasi przeciwnicy nie są słabą drużyną. Ba, przed spotkaniem były istotne obawy o to, czy sobie z nimi poradzimy, zwłaszcza po niedawnych kłopotach w naszej kadrze. Polacy nie dali jednak rywalom szans – wyglądało to tak, jakby Serbowie przegrali są samym początku, ale we własnych głowach. Przegrali nie tyle z naszymi siatkarzami, co z kibicami. Nie dziwię się – nie wiem, jakbym zachował się na ich miejscu, stojąc tam samotnie pośród wielotysięcznego, białoczerwonego tłumu.

W trakcie całego meczu i ceremonii otwarcia czułem się niczym w amoku. Cudownym amoku, niezwykłym śnie. Wszystko przepłynęło przede mną niczym jedna wielka chwila. Dodajmy – przepiękna. Nie pamiętam konkretnych akcji, zagrań, dokładnego przebiegu spotkania. W mojej głowie tkwi jednak obraz kilkudziesięciu tysięcy ludzi ubranych w białoczerwone barwy, którzy niezmordowanie zdzierali gardła. Towarzyszący temu wszystkiemu wielki huk. No i wreszcie – ogromna radość, jaka towarzyszyła mi (nam!) po każdym zdobytym punkcie i wygranym secie. Takiej dawki emocji – pozytywnych emocji – już dawno nie dostałem.

I choć na pewno znajdą się malkontenci, z czystym sercem mogę powiedzieć – brawo, Polacy! Moi rodacy zdołali zrobić niesamowitą imprezę, która w niemal każdym aspekcie się udała (nie udało się tylko z wenezuelską flagą, która za drugim i trzecim razem się nie wysunęła… ale chyba nikt nie zwrócił na to uwagi). W przeciwieństwie do Euro 2012 nie było tego, czego chyba sporo osób się obawiało – blamażu sportowego. Tak naprawdę tylko zwycięstwa brakowało do pełni szczęścia. I to właśnie dostaliśmy. Nigdy nie zapomnę tego, co wydarzyło się w sobotę na Stadionie Narodowym. Nigdy. Do tego dnia będę wracał wiele razy, podejrzewam też, że będzie nawiedzał mnie również w snach. Coś takiego w siatkówce już się raczej długo nie powtórzy. A podejrzewam, że i także w Polsce. Chyba że wybudowany zostanie jeszcze większy stadion, a nasi kopacze zaczną grać, jak podopieczni Antigi.

Warto przy okazji podziękować Polsatowi – tak, wiem, jest na cenzurowanym za kodowanie spotkań mistrzostw świata (także tych z Polakami), ale nie da się ukryć, że bez niego takie widowisko nie byłoby możliwe. Naprawdę. Jestem bardzo wdzięczny stacji Solorza-Żaka, że dzięki niej (ok, może nie bezpośrednio, ale jednak) mogłem wziąć udział w czymś tak niezapomnianym.

Piotrek.
Trwa ładowanie komentarzy...